Faramuszka z jajem. Opowiadanie Beaty Rudzińskiej

Faramuszka z jajem

 

 

Ślub był piękny. Jak katastrofa tratwy, który stanęła w płomieniach pośrodku bajora. Napływający falami goście oblepiali spojrzeniami nowożeńców, tak jak zmarszczona wiatrem woda mogłaby oblizywać tonący kadłub tratwy, gdyby tylko był. Naiwność młodych była smaczną przekąską dla wygłodniałych sensacji hien. Ślub to igraszka, zdawali się mlaskać jęzorami, ale co będzie potem... Ach, krwisty befsztyk! Wszak ten ślub, a dalej gody były WIELGACHNĄ siurpryzą. Pomiędzy wódką a zakąską omawiano szczegóły intercyzy, którą zawczasu spisano, bo jakże inaczej córka potentatów restauracyjnych, właścicieli najpopularniejszej gastronomicznej marki „Ozorre mio” (specjalność ozorki), mogłaby poślubić łapserdaka zatrudnionego na fermie kurzej „Exodus” w charakterze inseminatora? Ha, ha, śmiano się. Gdzie kogut nie może, tam filutka pośle.

Rodzice kurki młodej co rusz dorzucali na stoły. A to świninę, a to złotego cielca. Podtykali nóżki w drżącej galarecie, nadziewali gardła gości wykwintnymi pasztetami, przepłukiwali je śliwowicą i obserwowali, czy z wrażenia goście dławią się tak jak trzeba. Wszak to oni, rodzice kurki młodej byli drugą najważniejsza parą na tym weselu, a tak naprawdę pierwszą, i trzeba było trzymać fason,    i nie dać nic po sobie poznać. To innych miał trafić szlag. Z zazdrości oczywiście.

Miesiąc po weselisku młodzi zamieszkali w gniazdku pod miastem. Domek był mikry, gdyż rodzice kurki młodej, mimo iż w końcu zgodzili się na ślub i wyprawili go z myślą o innych, postanowili ukarać trzpiotkę i zamiast dawniej obiecywanego pałacyku nad morzem, podarowali jej kilkudziesięciometrowy kurnik na skromnej grzędzie, to jest na działce ledwie okalającej architektoniczne pudełeczko. Chcieli dać jedynaczce nauczkę. Na większy metraż sami zapracujecie, powiedzieli do świeżo upieczonego małżeństwa.

Gdy wsiadali do swojej czarnej limuzyny, kobieta, która teraz została teściową powiedziała do swojego męża, który teraz został teściem: Zobaczysz, długo to nie potrwa.

Minęły trzy miesiące. Młoda kurka i łapserdak ociosali na ślepo swoją naiwność i teraz już wiedli życie.  Łapserdak (dajmy mu wreszcie imię, może Franek?), inseminował całodziennie. Kokosów nie przynosił, ale lubił to, co robił. Co lubił? Zaczęła dociekać jego żona Paola, która jeszcze nigdy nie pracowała i teraz nie mogła się przyzwyczaić do myśli, że powinna podjąć pracę.

Rano, gdy Franek wychodził, dreptała chwilę po kurniku. Ale to było nudne. Dlatego potem dzwoniła do jednej czy drugiej psiapsiółki i wreszcie ruszała na wybieg. Wpierw starała się wracać do domu przed mężem z pracy. Niekiedy, ponieważ chciała się zmierzyć z mitem perfekcyjnej pani domu,  przywoziła kulinarne gotowce.  Szybko zrezygnowała z przygotowywania karmy. Nie miała bowiem do tego talentu, jak rozbrajająco twierdziła, i Franek, żeby jej nie zawstydzać, a także po to, by wykazać się rozumieniem partnerstwa w małżeństwie, wykupił posiłki w stołówce pracowniczej; do domu wracał przesycony kurzym smakiem. I zapachem. Quel odour!, dodawała coraz częściej Paola, która niegdyś jeździła na zakupy do Paryża. Franek mówił wtedy, że nie rozumie.

Wkrótce zaczął spędzać samotne popołudnia i wieczory, ponieważ Paola wracała do domu tuż przed zapadnięciem nocy. Gdzie bywała? U koleżanek, tak mówiła. Rozumiesz chyba, że nie mogę ich tutaj zaprosić. Tego też nie rozumiał.

Pewnej soboty, kiedy on miał wolne, a ona mimo to chciała iść na wybieg, zapytał: Co się z nami dzieje? Potrzebuję więcej przestrzeni, odpowiedziała ze zwieszoną głową. I rozpłakała się zaraz, bo tak strasznie zrobiło się jej siebie żal.  

Ochy, achy, stęki i jęki, jak żyć?

Kilka dni później głupie szczęście uśmiechnęło się do Franka. Sąsiad chciał coś zmienić w swoim życiorysie. Postanowił sprzedać dom i wyprowadzić się, gdzie oczy poniosą.

Franek poszedł do niego ze zwitkiem banknotów i zaproponował odkupienie dwóch arów działki, które przylegały do ich grzędy, to jest ciasnej parceli. Sąsiad się zgodził, bo było mu wszystko jedno, jak rozsprzeda swoje niezadowolenie.

Franek wziął kilka dni urlopu, nie mówiąc o tym żonie  i kiedy ta zajmowała się niczym, podczas niczego, ale poza domem, przearanżował ich obejście. Wreszcie w pewien niedzielny poranek obudził ją i zdumioną wyprowadził na kamienny taras, na którym jeszcze nigdy nie przesiadywali. Niby po co, skoro dotąd opierał się o płot sąsiada i nie miał żadnej perspektywy.  

Paola stanęła jak wryta. Przed sobą miała przestrzeń. Nawet zieloną.

Chciałaś troszkę więcej miejsca. Dokupiłem, wyrzucił z siebie radośnie Franek. Paola, raczej nie oszołomiona nowym obszarem, popatrzyła na mężczyznę, który był jej mężem. Ty mnie kompletnie nie rozumiesz, powiedziała, i odwróciła się na pięcie.

Pewnie dlatego otrzymał pozew rozwodowy.

Gdy wsiadali do swojej czarnej limuzyny , kobieta, jeszcze teściowa powiedziała do swojego męża, jeszcze teścia: Trwało to dłużej niż myślałam, ale jest dobrze. Teraz tylko trzeba sprzedać ten kurnik.

Rozwód był gładki. Jak skóra, z której jednym ruchem zerwano metrowy plaster do depilacji. Franek tylko kiwał głową. Może się na wszystko zgadzał, a może wolałby nie.

 Sprzedaż mienia nie poszła tak łatwo. Jeszcze przed rozprawą zwalniającą z obowiązków męża i żony, Franek ogrodził siatką swoje dwa ary. W dokumentach własnościowych widniało tylko jego nazwisko.  Ta płacheć ziemi była wszystkim, co miał. Niech no tylko prawnicy od „Ozorre mio” (specjalność ozorki), spróbują mu to odebrać! Wkrótce na maleńkiej działce stanęła stara przyczepa kempingowa „Niewiadów”. Tuż obok sławojka z serduszkiem na drzwiach.

Dość szybko pojawili się chętni do kupienia pustego domku po dzierlatce i szałapucie. Cena - byle sprzedać. Jednakże kupcy  jak szybko się pojawili, równie prędko uciekali.

Bardzo się staramy, tłumaczył się przed restauratorami agent nieruchomości, ale za każdym razem, gdy pojawiamy się z klientem na miejscu, to… Zresztą, proszę, niech państwo sami przyjadą i to zobaczą.

Zaniepokojona efektami sprzedaży kobieta, już nie teściowa wraz ze swoim mężem, już nie teściem i z córką, kobietą po przejściach, przyjechała sprawdzić w czym rzecz.

Domek jak domek. Malutki. Całkiem przytulny przecież, myślała kobieta, matka i żona, głowa interesu i domowa, ale ufff,  już nieteściowa, dlaczego zatem tak trudno się pozbyć tej pamiątki?  Gdy nagle (O, zgrozo!),  wyjrzała przez okno. Co to ma być!, krzyknęła piskliwym głosem.

Na zewnątrz nagi mężczyzna karmił kury.