O książce
Olgerd Dziechciarz zabiera nas do miasta, którego topografię wyznaczają nietuzinkowe sylwetki jego mieszkańców. Pisarz, niczym niderlandzki artysta, maluje wielowymiarowe postaci z prawdziwą głębią ich człowieczeństwa, wyrażonego w pragnieniach, planach, ambicjach, porażkach, sukcesach, ale też w emocjach – tych niskich i tych wysokich.
Bohaterowie opowiadań z tej książki to osoby pozornie niepowiązane ze sobą. Bo też – co może mieć wspólnego filozofujący Śmieciarz z miałkim intelektualnie Burmistrzem lub kilkuletni Dzieciak z Nastolatkiem nastawionym na zaliczeniowy tryb życia (w „zaliczeniach” nie chodzi bynajmniej o kolejne egzaminy, ale o realizowanie zasady: „seks, alkohol & zgon”)? Co łączy ambitnego Księdza ze skandalizującym Malarzem albo byłego Ubeka z naiwną Działaczką Kulturalną? A jednak ich losy – razem – tworzą duszę miasta. Miasta wyjątkowego ale już odrobinę zapomnianego, gdzie ulice są kręte i czasem ślepe, ale gdzie uczucia wybuchają z niezwykłą siłą, choć równie szybko gasną; gdzie jednostki próbują wybić się ponad przeciętność i „układziki” odorkowskich elit, choć wiedzą, że grozi to upadkiem i gdzie dokonuje się wyborów, czasem łamiących serce.
Każda decyzja, każde słowo, każdy gest, a nawet brak reakcji tworzą rys miasteczka. Jest w nim wiele pęknięć i nie brakuje goryczy, ale jest też mnóstwo przejmujących historii, które wciągną Cię, Czytelniku, niczym hipnotyczne gry z komputerowego świata. Czytając to, wejdziesz tu. Second Life zaczął się w Odorkowie
Patronat medialny: Przystań Literacka Klub Literacki Litera Radio Kraków
Informacje
| autor: |
Olgerd Dziechciarz |
| isbn: |
978-83-924658-8-1 |
| wydanie: |
premiera: WRZESIEŃ 2009 |
| strony: |
226 |
| okładka: |
|
| wymiary: |
195mmx124mm |
Fragment książki [ + ]
Administrator
Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za morzem
przeogromnym (a może to jest nawet ocean), za
rwącą rzeką, której szalony nurt zeszłej jesieni porwał,
a następnie cisnął o skały autokar z grupą japońskich
turystów, właśnie tam (bo na pewno nie u nas, o tym
zapewniam, bijąc się z całych sił w pierś) leży zaciszne
miasteczko, które niczym specjalnym się nie wyróżnia
w peletonie podobnych mu mieścin, poza jednym istotnym
szczegółem – można powiedzieć: pieprzykiem
na gładkim, lustru podobnym licu – od wielu miesięcy
nikt tu nie umarł (naturalnie, jeśli nie liczyć owych nieszczęsnych
turystów z Kraju Kwitnącej Wiśni). Wbrew
pozorom to nie jest miłe i radosne miasto, a gdzieżby!
Strach gości w oczach jego mieszkańców, jakby się
w nich zadomowił na dobre, rozpakował walizki i rozwalił
na najwygodniejszym łóżku; można wręcz pomyśleć, że
ich rozszerzone źrenice to naturalne miejsce spoczynku
dla wszelkich stresów i lęków, zwłaszcza egzystencjalnych.
Ludzie boją się po prostu umierać, bo ceny za tak
zwane ostateczne usługi, narzucone przez administratora
miejscowego cmentarza, są tak horrendalne, że
obywatelom Odorkowa (bo, wyznajmy, tak zwie się owa
mieścina) odeszła wszelka ochota na śmiertelne zejścia.
Mieszkańcy obsesyjnie trzymają się życia – wręcz tak
kurczowo, że bieda z kolei zajrzała w oczy nielitości
wemu administratorowi, zwanemu też dzierżawcą. Aż
się w nim krew gotuje na wolnym ogniu; a gdy jucha podchodzi
do głowy, to pięściami wali w stół, jakby rozbijał
kotlety na niedzielny obiad, na który zaprosił też księdza
proboszcza.
– Kochanie, nie bądź idiotą, zaproponuj jakieś upusty,
promocje, może dwa pochówki w cenie jednego, albo
za każdego zmarłego, który odejdzie z tego łez padołu
w sezonie letnim, ustal zniżkę do trzydziestu procent za
tak zwane placowe – sugerowała małżonka, stroskana
miną męża.
– Jeszcze czego! – zżymał się dzierżawca. – Nie
prowadzę fabryki obuwia, ale przechowalnię piszczeli.
To poważniejszy interes od innych, byle łachmyta nie
może mnie usunąć z rynku. Nie mam konkurencji, więc
w końcu wyjdzie na moje: no bo co zrobią moi krytykanci,
jak w końcu jeden z drugim umrze?! A kiedyś
wreszcie zdechną, bez obaw, kochanie, nikt nie jest
wieczny, czego jak czego, ale tego jestem pewien.
Jeszcze się będą prosić, żeby ich pochować w poświęconej
ziemi. Zobaczysz, na kolanach przyjdą, z forsą
w zębach albo w zaślinionych dziąsłach, jeśli im ze starości
trzonowce wypadły!
– No nie wiem, no nie wiem – powtórzyła bezradnie
małżonka, rozkładając ramiona, jakby się szykowała do
dalekiego lotu, a przecie udawała się tylko do kuchni
zerknąć na pieczyste i zwieńczyć prace nad sufletem.
Recenzja [ + ]
19.10.09
KLUB LITERA. Magdalena Żerek
Pesymistyczna widokówka z polskiej prowincji
Nie zastanawiałabym się nad odpowiedzią na pytanie, czy taka przestrzeń, jak przedstawiony w książce Olgerda Dziechciarza Odorków, istnieje. Każdy, kto mieszka w polskim małym miasteczku, widzi Odorków za swoim oknem. Autor stwierdził, iż stworzył Miasto Odorków (2009, Amea), bo miał już dość "bukolicznego przedstawiania prowincji". Wszyscy mamy dość, rzadko kto jednak temu procederowi odważy się przeciwstawić.
Jak się okazuje, na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat niewiele się w naszym kraju zmieniło. Kiedyś podpisywało się "cyrograf", wstępując do partii komunistycznej, dziś wielu ludzi sprzedaje się bez konieczności podpisywania jakichkolwiek "cyrografów". Kiedyś była i dziś jest ta sama motywacja - konieczność utrzymania rodziny, zapewnienia sobie przyszłości. Nie mnie oceniać, czy takie postawy są słuszne. Wielu z nas pragnie przecież jak najlepszego bytu dla swoich dzieci. Dziechciarz przedstawia typową, małomiasteczkową polską rzeczywistość, gdzie najwyższe stanowiska piastowane są przez towarzystwa wzajemnej adoracji, obgadujące się za swoimi plecami. Być może kiedyś byli to ludzie pielęgnujący ideały, mający jakieś poczucie misji, dziś już niewiele z nich pozostało. Jak wspomina jeden z bohaterów opowiadań Dziechciarza: "Mam rodzinę… Muszę ich utrzymać, nie wrzucę do garnka ideałów, nie przyprawię tak wodnistej potrawy dobrym uczynkiem". I należy mu przyznać rację, dziś czasy są trudne, trzeba sobie jakoś dawać radę, czasem nawet kosztem moralności czy właśnie młodzieńczych ideałów. Takich postaci można by znaleźć w "Mieście Odorków" jeszcze wiele i jeszcze więcej wokół nas. Są pośród nich urzędnicy, działacze kulturalni, literaci, dziennikarze, pracownicy zakładów, bezrobotni i bezdomni, śmieciarze nazywani tu nurkami. Odorków stał się zbieraniną takich właśnie życiowych nieudaczników, oszustów, żerujących na ludzkich nieszczęściach, skorumpowanych, czekających tylko na jakiś skandal, czyjś upadek. Czasem tyko odezwie się w kimś sumienie, pojawiające się w różnych postaciach w sennym majaku. Trzeba przyznać, iż autor posiada niezwykłą wprost umiejętność tworzenia takich surrealistycznych wizji. Jednak cóż z tego, że sumienie czasem się odezwie, po przebudzeniu, na jawie wszystko wraca "do normy".
"Miasto Odorków" jest głosem sumienia, głosem który chyba i tak niewiele zmieni. Mieszkam w takim małomiasteczkowym środowisku i wiem co mówię. Wszystko kończy się na poklepywaniu po plecach, bo przecież trzeba jakoś załatwić swoje sprawy, dostać pozwolenie, kupić tańszą działkę, otrzymać pieniądze na zorganizowanie spotkania w domu kultury czy po prostu dalej pracować, by jakoś utrzymać rodzinę.
"Miasto Odorków" jest także książką o uczuciach, wzruszającą i otwierającą oczy na otaczającą nasz rzeczywistość. Nie może być inaczej, kiedy czytamy o bohaterach samotnie umierających w swoich mieszkaniach, którzy przez całe życie wykorzystywani byli przez swoich najbliższych, kryjących się za maską słowa "miłość", czerpiących korzyści finansowe, a zapominających o rozmowie telefonicznej, o zwykłej trosce o samopoczucie czy zdrowie ojca i matki. Nie trudno przecież wyobrazić sobie, jak czuje się człowiek, który umiera samotnie, myśląc o tym, kiedy ktoś odkryje nieboszczyka w jego mieszkaniu.
Książka Dziechciarza to jednak przede wszystkim tekst bardzo dobrze napisany. I nie należy się oburzać na czasem dosadny i wulgarny język, ponieważ o pewnych problemach po prostu inaczej nie da się powiedzieć. Jest to język włożony w usta książkowych postaci, a tak dobrze nam znany. Kiedy zaczęłam czytać tę książkę, pomyślałam, że mam do czynienia z kolejną opowieścią o polskiej patologii, której tyle naokoło, iż już nie chce się o niej czytać w książkach. Autor zaskoczył mnie jednak umiejętnością kreowania postaci typowych, wnikliwością obserwacji i trafnością spostrzeżeń. W każdym rozdziale znaleźć można życiorysy ludzi i ich analizę psychologiczną. Pozornie niepowiązane ze sobą istnienia, tworzą sieć zależności, stykają się ze sobą w jakiś punktach, czasem bardzo dramatycznych momentach.
"Miasto Odorków" jest kolejną książką z serii Widokówki i trzeba przyznać, iż to dość pesymistyczna i wstydliwa widokówka z Polski. Należy jednak książkę Dziechciarza przeczytać, aby uzmysłowić sobie jakimi ludźmi i jakimi absurdami się otaczamy. My to wiemy, ale niewielu z nas potrafi mówić o tym głośno. Odorków staje się zatem symbolem polskiej prowincji, która chyba nie bardzo chce się zmienić…
21.09.09 Prowincjonalna Nauczycielka
Olgerd Dziechciarz stworzył portret prowincjonalnego miasta. Uczynił to opisując mieszkańców - każdemu z nich poświęcił rozdział. Mamy tu zatem bezrobotnego, archeologa, młodzieńca, strażaka - ochotnika, dziecko czy duchownego. Postaci rzecz jasna jest więcej, jak to w miasteczkach bywa, ale już te przywołane przeze mnie przyciągają kolorytem i tym, w jaki sposób Autor je przedstawił.
Im bardziej wczytywałam się w teksty Dziechciarza, tym większe mnie ogarniało przerażenie - gdyż bohaterowie jego książki wydawali mi się zbyt znajomi. A skoro i pisarz, i ja, i pewnie jeszcze wielu innych czytelników, dostrzega w mieszkańcach Odorkowa ludzi znanych z własnych miast, to jakże strasznie wygląda nasza prowincja, jak nikczemne ma szanse na to, by być prowincją sielską, przyjazną i taką, do której - po wyjeździe z niej - się tęskni.
"Dziwne zwyczaje panują w Odorkowie podczas wyboru burmistrza (...). Kryterium doboru kandydatów jest tak ustalone, by wygrać mógł wyłącznie ktoś, kto dotąd niczym w życiu się nie wykazał. Preferuje się kandydatury miałkie, bezbarwne, osobliwości bez osobowości, ludzi niepotrafiące się wysłowić, nie umiejących walczyć o swoje, mało przebojowych i mało konstruktywnych (...). Przykładowo: jeśli starający się o fotel w magistracie ma studia wyższe, to może sobie odpuścić. Popularnym jest w Odorkowie porzekadło, że studia studiami, ale nic nie zastąpi dobrej szkoły podstawowej."
Straszne? Prawdziwe?
W świecie opisanym przez Olgerda Dziechciarza alkoholik - abnegat jest bardziej oczytany niż polonista, dyrektorka domu kultury gromadzi teczki z kompromitującymi materiałami o swoich pracownikach i tych, którzy mogliby jej zagrażać, uczeń III klasy liceum codziennie zalicza i odnotowuje w pamiętniku alkoholowo-narkotykowy "zgon", a naczelny lokalnej gazety wie, że publikować musi teksty chwalące władzę i kombinat mięsny, bo w przeciwnym razie nie będzie miał w gazecie płatnych reklam.
Ta książka to smutny obraz polskiej prowincjonalności. Ale jednocześnie to książka, która zachęca do tego, by zakrzyknąć - Zmieńmy prowincję! Niech nie będzie taka, jaką widzi ją Olgerd Dziechciarz!
|
|
|