2010.07.28

Opcje dla Odorkowa


Lektura samych opowiadań uzmysławia czytelnikowi, że ani dobór postaci, ani kolejność ich historii przypadkowe nie są. Większość protagonistów to modelowe wręcz typy mieszkańców prowincjonalnego miasteczka. Ich oczami, poprzez ich doświadczenia i przemyślenia czytelnik ogląda sceny z peryferyjnej miejscowości, tytułowego Odorkowa. W tym sensie książka byłaby rodzajem „leksykonu odorkowskiego”, hasłowo ujmującego obraz polskiej prowincji.

Myli się jednak ten, kto spodziewa się realistycznego, „reporterskiego” opisu. Opowiadania Dziechciarza to artystyczna kreacja, przetworzenie, karykatura. Autor hiperbolizuje rzeczywistość aż do groteski rodem z Mrożka lub — w mroczniejszych momentach — Bursy. Czasem też sprowadza ją do absurdu (dobrym przykładem jest „umiejscowienie geograficzne” Odorkowa na początku pierwszego opowiadania, jeszcze lepszym — opis „wyboru burmistrza”).

Czytając pierwsze opowiadania z tomu — takie, jak Administrator, Duszpasterz czy Dziecko — możemy sądzić, że czeka nas podróż przez „czarne pisarstwo” z domieszką czarnego humoru; że Miasto Odorków jest prostą kontynuacją linii wyznaczonej przed dwoma laty w zbiorze Masakra. Lektura dalszych utworów pokazuje, że owo pierwsze wrażenie było nie tyle mylne, ile jednostronne. Równie bowiem silny — a nierzadko nawet dominujący — jest w tych opowiadaniach ton satyryczny, któremu z kolei najbliżej do opowiadania Ryba z tomiku Graf von Mann (wydanego niedługo po Masakrze). Dwa, wydawałoby się, rozdzielne nurty twórczości autora spotkały się, dając efekt więcej niż zadowalający. O ile jednak w Rybie przeważała cięta satyra polityczna, jedynie z elementami satyry społecznej (genialna scena w knajpie!), w Odorkowie prym wiedzie właśnie pierwiastek socjologiczny.

Satyryczne zacięcie jest najjaskrawiej widoczne w tekście Komentarze o Odorkowie, parodiującym internetowe fora dyskusyjne. Genialne w swej głupocie poglądy wyrażane w Komentarzach, wraz z ich komicznie tandetną „szatą językową” (cytat: „Chciałem się wypowiedzieć w temacie o kturym nie mam pojencia”), wręcz wołają o porównanie z niektórymi małymi prozami Johna Lennona (jak List od fanki czy felietoniki z cyklu Tak to widzę). Notabene, tchnący absurdem „opis geograficzny” z opowiadania Administrator może budzić — odleglejsze już — skojarzenia z twórczością pisarską Beatlesa…

Podobieństwa są jednak czysto formalne. Dziechciarz daleki jest od — mimo wszystko trudnego — Lennonowskiego optymizmu. Odorków w niczym nie przypomina Liddypool, w którym — pomimo umysłowego ograniczenia mieszkańców i przyjezdnych — „pomału, powoli coś się rozkręca”. W Odorkowie nic się nie rozkręca, miasto pogrążone jest w marazmie. Większość bohaterów książki śni swój „prowincjonalny sen”, bardzo nie chcąc się z niego obudzić. A powód jest prosty: wszyscy, od których cokolwiek zależy, chcą mieć tzw. święty spokój. Szczególnie symptomatyczne jest tu opowiadanie Enfant terrible, w którym burmistrz z przerażeniem słucha działacza społecznego proponującego śmiały program rozwoju miasta. Uliczny pijak i „prosty” śmieciarz okazują się bardziej oczytani od polonisty, który — zapewne utrudzony jałową orką na niwie pedagogicznej — „woli telewizję”. Dyrektorka placówki kulturalnej narzeka, na jakiej to strasznej prowincji wylądowała, nie widząc, że sama ową „prowincję” współtworzy, nosząc ją w sobie pod postacią prowincjonalnych kompleksów. Nawet o księdzu z opowiadania Duszpasterz (którego dawno już w Odorkowie nie ma — zaszedł znacznie, znacznie dalej) trudno powiedzieć, czy kompleksy te pokonał, czy też pozostaje ich wytworem.

Ale możliwe, że jest jeszcze gorzej. Być może hasła „odorkowskiego leksykonu” opisują więcej niż obszar jednej mieściny. Być może Odorków jest mikrokosmosem — nie tylko polskiej prowincji i nie tylko Polski.

Młoda dziennikarka lokalnego periodyku chce napisać prawdę o działalności miejscowego biznesmena. Uniemożliwia jej to redaktor naczelny, gotów opublikować najoczywistszą nieprawdę, byle pisaną „pod dyktando” reklamodawców… Dziewczyna musi podporządkować się woli szefa, który z kolei ulega presji realiów ekonomicznych. Czy nie przedstawiono nam tu „w pigułce” sytuacji współczesnych mediów — z pozoru niezależnych, w istocie poddanych zależnościom nie mniej silnym niż niegdyś polityczne? Albo historia o pisarzu, który sam siebie uśpił własną powieścią… I druga: o próbie urozmaicenia sztampowego wernisażu w miejscowej galerii — rozpaczliwym (i w gruncie rzeczy nie mniej wtórnym) „happeningiem”. Obrazki z życia małomiasteczkowych artystów? Raczej diagnoza kondycji sporej części współczesnej kultury. A barwnie opowiadający o wojennych przygodach „kombatant”, co do którego istnieją uzasadnione wątpliwości, czy kiedykolwiek gdziekolwiek walczył? Tacy ludzie zostają po każdej wojnie (i nie tylko wojnie), bez względu na położenie geograficzne. „Leksykon prowincjonalny”, gdy tak na niego spojrzymy, zaczyna jawić się leksykonem… uniwersalnym!

Oczywiście, Dziechciarz nie byłby sobą bez szczypty czarnego humoru. W „cmentarną” konwencję (bliską wczesnej twórczości Hrabala) wpisuje się nowela Właścicielka ciastkarni. Subtelniej (i oryginalniej) elementu makabry użyto w opowiadaniu Młodzieniec. Intelektualny „zwis” tytułowej postaci, w połączeniu z prymitywnym hedonizmem, doprowadza ją do zguby. Pod tym względem Młodzieńcowi blisko do noweli Rower (ze zbioru Masakra), której bohater ginie przez własną, wykarmioną na popkulturowych schematach głupotę. Makabryczny finał jako rezultat ciasnoty umysłowej — to jeden z tematów od początku obecnych w twórczości Dziechciarza.

Przyznam, że znalazłem w Mieście Odorków parę opowiadań, które nie do końca mnie przekonują. Rozliczenia z PRL-em (jak Partyjny czy miniatura dramatyczna Tajny współpracownik) wydają się za mało oryginalne, podobnie jak próby doraźnej satyry politycznej (Kandydat). Wolę, gdy w miniaturce Poeta autor rozprawia się z etosem Stachury — jeszcze nikt nie zrobił tego aż tak przewrotnie.

Jednak to nie tematyka stanowi o oryginalności tej prozy, lecz język. Dziechciarz jest poetą (niedawno opublikował nowy tomik wierszy Galeria Humbug) i jego proza jest również upoetyzowana: „Autorytet ojca rozpadł się, jakby był z klocków lego”; „Zamknąłem jedno oko, potem drugie, trzecie pozostało otwarte. Każdy mógł w nie zajrzeć, ale po co, skoro było ciemno i nikogo w domu” — takie inkrustacje spotykamy na każdym kroku. W języku zawarty jest również specyficzny, pełen ironii komizm. „Spojrzał na nią z góry, majestatyczny, bogom podobny, śledziowe koreczki w oka mgnieniu rozrosły się do rozmiarów traktorowych kół” — to o burmistrzu podczas bankietu. „To nie jest komfortowa sytuacja, gdy nie można ruszyć żadnym z członków, więc wiecie: zadowolony nie był” — to o pacjencie w miejscowym szpitalu. Jest też Dziechciarz mistrzem stylizacji językowej. Równie przekonująco operuje młodzieżowym żargonem, co wciela się w dziecięcego narratora czy parodiuje „strumień świadomości” Joyce’a (podobne rejony penetrował w mikropowieści Czekając na smoka z tomu Graf von Mann). Boki można zrywać, gdy rzecznik prasowy burmistrza rozmawia z rodziną językiem przemówień i uchwał.

W porównaniu z debiutancką Masakrą nowy tom prozy Olgerda Dziechciarza jest co najmniej równie ciekawy fabularnie, a przy tym bardziej intrygujący językowo. Choć przypuszczam, że autor w pełni zaprezentowałby swe możliwości dopiero w zwartej powieściowej formie. Mam nadzieję, że kiedyś pozwoli nam się o tym przekonać.

Jarosław Nowosad

 

Olgerd Dziechciarz: Miasto Odorków. Wydawnictwo AMEA. Liszki 2009.

Tworzenie stron - Fabryka Stron Internetowych Sp. z o.o.   CMS - FSite