Rantis

Rantis
Autor: 
Aida Amer
isbn: 
978-83-934098-7-7
Wydanie: 
I
Strony: 
252
Okładka: 
miękka ze skrzydełkami
Wymiary: 
124x194
Cena: 15,00 zł
Opis książki: 

Rantis Aidy Amer jest nostalgiczną opowieścią o miejscu, które znajduje się poza czasem i przestrzenią, a także o ludziach, którzy trwają na granicy świata rzeczywistego i świata fantazji.

Rantis to palestyńskie miasteczko, którego próżno by szukać na mapach. Wokół studni na rantiskim rynku, w cieniu starej oliwki, Aida Amer gromadzi wszystkich mieszkańców miasta, a wśród nich swych najbarwniejszych bohaterów: Miriam – lokalną Szeherezadę; Fatimę – znachorkę mądrzejszą od lekarzy; jednorękiego Jusufa Odiego – żartownisia, a jednocześnie sprawcę wielu nieszczęść; Hafeza – sprawiedliwego oraz prawego spadkobiercę imienia i bogactwa rodu Amer Khalaf; jego posłuszną żonę Ranię; namiętną i rozwiązłą Bośniaczkę Itydal; chorego z zazdrości Khaleda…

 

Aida Amer wraca do prywatnego raju utraconego, do palestyńskich korzeni, do rodzinnych opowieści, do miejsc dla niej najważniejszych. Rantis, choć wyrosło z prawdziwych historii, jest fikcją pozwalającą Aidzie Amer ocalić najpiękniejsze familijne legendy. Jej powieść można śmiało nazwać orientalną odpowiedzią na latynoamerykańskie Sto lat samotności.

 

Aida Amer urodziła się i mieszka w Krakowie. Po mamie Polka, po tacie Arabka. Wychowała się na styku dwóch kultur. Ukończyła archeologię klasyczną na UJ i szkolę aranżacji wnętrz. Projektowaniem wnętrz zajmuje się zawodowo, pisaniem – w wolnym czasie. Jej literacki debiut to opowiadanie Igor i Igor, opublikowane w antologii Wbrew naturze (Amea 2011).

Fragment książki: 

– Usiądziemy przy studni? W cieniu jest chłodniej. Hej, mały, a gdzie twój przyjaciel szczur? Zawsze miałeś go ze sobą. Aha, gdzieś uciekł? Dobrze, nie będzie mnie już straszył. Nie jest straszny? Dla ciebie, bo nosisz go pod koszulą. Opowiedzieć wam o Górze Życia?

Miriam usiadła jak zawsze ze skrzyżowanymi nogami. Kamienne podwyższenie wokół studni pośrodku rynku było niemym świadkiem już niejednego wydarzenia, o którym miasteczko rozprawiało potem przez wiele miesięcy.

Na przykład rok temu na wiosnę były to występy wędrownego teatru. Trupa poprzebieranych w kolorowe fatałaszki aktorów odgrywała stare arabskie opowieści łotrzykowskie. Historia wędrownego złodziejaszka, oszusta
i lekkoducha przyciągnęła na placyk wokół kamiennej studni, w łaskawy cień rosnącego tam tysiącletniego drzewa oliwnego, które patronowało temu miejscu, całe miasteczko.

Latem przyjechali Cyganie. Kobiety z miasteczka długo przeklinały tańce pięknej Cyganki z tamburynem, bo ich mężowie pojawili się w domach
z pustymi sakiewkami i przymglonymi spojrzeniami. Jeden z widzów wrócił nawet z rozbitym nosem. Miał pecha. Siedział obok Jusufa Odiego, miejscowego żartownisia zwanego Jednorękim.

Kiedy Cyganka trzepotała do widzów rzęsami i poruszała dzwoneczkami, Jednoręki klepnął ją w pupę tą jedną dłonią, która mu pozostała po wojaczce przeciw Anglikom. Tancerka zarzuciła roztańczonym kwiatem czerwonej spódnicy i uderzyła mężczyznę w twarz z siłą atlety, który miał występować dopiero po niej. Ale nie Odiego, tylko duszącego się od śmiechu jego sąsiada.

Odi zaś zachował wzrok kogoś, kto nie ma pojęcia o brudnych sprawkach tego świata.

Za to wszystkim podobał się połykacz ognia z gładko ogoloną głową, prosto z dalekiego Sudanu, pachnący wiatrem, ze skórą w kolorze rdzawej rantiskiej ziemi. Miał na ciele wytatuowanego wielkiego smoka. Jego plująca ogniem paszcza widniała na potężnej klatce piersiowej Sudańczyka, a ogon ciągnął się w zawijasach przez prawe ramię aż na plecy.

Dzieciaki zachwycił atleta podnoszący osła, potem Cyganka, w końcu dwukołowy wózek, na którym ułożono cztery worki pszenicy.

Na co dzień wokół studni było jednak spokojniej. Na murku można było spotkać Miriam, biedną dziewczynę, która aksamitnym głosem, ciepłym jak wspomnienie domu, opowiadała niczym Szeherezada nie kończące się historie. Zawsze biegała za nią gromada usmarkanych dzieciaków
z okolicznych domów, w nadziei, że namówią ją na opowiedzenie kolejnej baśni. A kiedy zaczynała mówić, świat wokół zamierał w milczącym skupieniu. Stadko wróbli i dzierzb hałasujących w koronie oliwki milkło, jakby słowa dziewczyny trafiały prosto w ich bezładnie rozbiegane ptasie myśli.

– Chcecie posłuchać o Górze Życia? Góra Życia znajduje się na południe stąd. Trzeba do niej wędrować przez kilka dni – zaczęła Miriam niskim głosem, patrząc uważnie w twarze dzieci. – Nie każdy może ją znaleźć. Byli tacy, co tygodniami wędrowali, błądzili, zawracali, kręcili się w kółko  i nigdy jej nie znaleźli, mimo że mieli narysowane mapy. Mimo że dokładnie im wyjaśniono, jak i którędy mają iść. Mimo że bardzo chcieli dojść do celu. Góra ich zwodziła, oszukiwała, unikała ich spojrzeń i znów wabiła w swe objęcia.

Dawno temu, zanim przybyli Rzymianie, to miejsce porastał stary i potężny dębowy las, a na stokach góry znajdowała się gigantyczna nekropolia. Od pradawnych czasów ludzie grzebali tam zmarłych. Rzymianie wycinali
i wycinali drzewa, aż po potężnych niegdyś lasach nie zostało ani jedno. Ani jedno. Nawet takie małe, które mogłoby wyrosnąć, wydać owoce i dać początek nowym lasom. I wtedy Rzymianie odeszli. Pewnie poszli szukać dębów gdzie indziej.

Stare, usypane z głazów mogiły i wielkie kamienne grobowce zaczęły porastać krzewami. Mieszkały w nich węże i jaszczurki, a okoliczni mieszkańcy bali się zapuszczać w sąsiedztwo cmentarza. Zmarłych zaczęto grzebać bliżej wiosek i miasteczek. Starzy ludzie wieczorami opowiadali historie o górze
i duchach błąkających się po jej stokach. Mówiono, że góra potrafi przywrócić życie nieżyjącym. Choćby na chwilę. Ofiarować im minutę, godzinę, rok, wiek istnienia.

W naszym miasteczku mieszkała kobieta, której synek urodził się bardzo słaby. Rósł powoli i nie miał siły biegać jak wy po całej okolicy. Kobieta miała kilkoro dzieci, ale tym najmizerniejszym synkiem opiekowała się najczulej. Jej miłość nie uchroniła go jednak przed śmiercią. Zmarł, kiedy skończył sześć lat. Kobieta, która znała legendę o Górze Życia, wymknęła się w nocy z ciałem chłopca na rękach i przez kilka dni szła na południe. Wyczerpana, dotarła wreszcie do podnóża góry.

Weszła na jej stok i usiadła, żeby odpocząć. Ułożyła martwe dziecko na trawie i zmęczona usnęła, a gdy się obudziła, jej synek bawił się kolorowymi kamykami, układając z nich różne kształty. A więc udało się! Żyje!

Jest ciepły i uśmiechnięty! Mogła wracać do domu. Wzięła dziecko na ręce i ruszyła w drogę powrotną. Kiedy zeszła z góry i znalazła się na równinie, poczuła, że ciało synka staje się ciężkie i bezwładne. Odchodził do krainy cienia. Kobieta puściła się pędem z powrotem na stok. Chłopiec znów wrócił do życia. Długo trwała ta okrutna zabawa ze śmiercią. Kobieta wiele razy próbowała oddalić się od góry, ale za każdym razem próby te kończyły się tak samo. W końcu, z twarzą mokrą od łez i potu, usiadła bez sił. Czar działał tylko tu, na górze. Marne złudzenie życia trzymało ich na tym pustkowiu. Co miała uczynić? Zostać tu i błąkać się wśród innych zagubionych, łaknących ukojenia dusz? Snuć się po stokach tej przeklętej i zarazem błogosławionej góry
i patrzeć na dziecko, które rusza się i mówi, ale jego życie jest jak miraż na pustyni, jak nie wypowiedziane życzenie, które uwięzło w gardle?

Czy też powrócić i pozwolić synkowi odejść? Tak po prostu się na to zgodzić? Czuć, jak znów słabnie mu oddech i zanika puls?

Poczuła na swej szyi ramiona dziecka, które przytuliło się do jej twarzy
i powiedziało najcichszym szeptem, jaki mogło z siebie wydobyć: „Mamo, ja chcę do domu”.

Kiedy Miriam mówiła, do grupy dzieciaków dołączyły dwie kobiety. Przyszły do studni po wodę i teraz ocierały łzy. Był tam też stary Jaser, siwy jak gołąbek, z pustą fajką w zębach, który miał przy rynku sklep z kawą
i przyprawami, ale o tej porze rzadko przychodzili klienci, i był też chłopiec
w pryszczatym wieku, który zawsze jakoś wiedział, gdzie znaleźć Miriam. Gdy mówiła, słuchał w nabożnym skupieniu i szeroko otwierał usta pełne krzywo rosnących zębów. Płakał i śmiał się. Nie odrywał od niej wzroku.

– Miriam, czy twoja ciotka wie, że znowu włóczysz się po ulicach? A ty, Jaser, może wróciłbyś do sklepu i sprzedał mi tytoń, zamiast słuchać tej nieznośnej dziewuchy – stryj Miriam, Abu Ahmad, przerwał opowiadanie, nie dając dziewczynie dokończyć i zmuszając ją do pozostawienia matki z synem na zawsze na stoku Góry Życia.

W słuchaczach coś pękło. Na powrót rozległ się ptasi śpiew. Czas znów zaczął płynąć, choć wcześniej z pewnością miał chwilę odpoczynku. Trochę wytchnienia w nieustannej gonitwie. Słuchacze powędrowali każdy w swoją stronę, myśląc o własnych Górach Życia, własnych ułudach   i mirażach, które mamiły ich zmysły i zmuszały do wciąż nowych poszukiwań.