Żona rzeźnika

Żona rzeźnika
Autor: 
Izabela Szolc
isbn: 
978-83-934098-5-3
Wydanie: 
I
Strony: 
212
Okładka: 
miękka ze skrzydełkami
Wymiary: 
124x194
Cena: 15,00 zł
Opis książki: 

Münsterberg, 21 grudnia 1924 r. Na posterunek policji trafia przerażony włóczęga. Broczy krwią. I opowiada nieprawdopodobne rzeczy: ponoć pogryzł go człowiek. Oskarża Karla Denkego, szanowanego obywatela lokalnej społeczności. Czy to możliwe, aby Denke był kanibalem? Sprawę bada śledczy Reimann. Wkrótce na posterunku pojawia się żona podejrzanego – Jutta. Sergeant Johann Ludwik czuje się nieswojo w jej towarzystwie. Czyżby Jutta o czymś wiedziała?

„Jesteś moim pożądaniem, moim skarbem, moim mięsem...”
Gdybym znała litery, to wzięłabym kartkę papieru, wiele kartek, i napisałabym na samym wierzchu stosu: „To jest opowieść Jutty”. Tyle że nie potrafię składać zdań, a nawet gdyby było inaczej, nie miałabym na czym ich zapisać.

Izabela Szolc napisała powieść o słynnym kanibalu Karlu Denkem, który na początku XX wieku w Münsterbergu (obecnie Ziębice) na Dolnym Śląsku zwabiał do swego domu włóczęgów, by ich przerobić na peklowane mięso. Szolc opisała tę historię głównie z perspektywy Jutty – młodej bezdomnej kobiety, którą Denke zabrał z dworca i przygarnął pod swój dach. Dlaczego Jutta nie została jedną z ofiar „Rzeźnika z Ziębic”? I czemu dziewczyna, poznawszy mroczną tajemnicę kamienicy na Teichstrasse 10, została najwierniejszą (i jedyną) przyjaciółką zabójcy?

„Żona rzeźnika” to nie tylko opowieść o mordercy, to także mroczna baśń
o dziewczynie, która, otworzywszy zakazane drzwi, stała się kobietą potwora. „Żona rzeźnika” hipnotyzuje melodią języka i onirycznym obrazowaniem. Nie szokuje okrucieństwem, ale i nie umniejsza go. Izabela Szolc sugestywnie
i z pasją przedstawiła historię, która nigdy nie powinna się była wydarzyć.
I zrobiła to znakomicie.

Fragment książki: 

Karl Denke, zwyczajny mężczyzna. Znacznie starszy od mojego ojca.
I w dobrym płaszczu na grzbiecie, w butach błyszczących (nawet we mgle)
od świńskiego łoju. Niski, o szerokich ramionach; rękawiczki z irchy (przynajmniej wtedy myślałam, że to ircha) kryły ręce blade jak brzuch ryby,
na których niczym łuski srebrzyły się blizny od ukąszeń rzeźniczego noża. Ciemne oczy, ciemne bokobrody, ciemne wargi.

„Na co tak patrzysz?”.

Pokręciłam głową. W istocie zastanawiałam się, czy tak jak on może wyglądać handlarz żywym towarem. Handlarz żywym towarem, porywający młode dziewice i sprzedający je do burdelów w Turcji (tylko i wyłącznie w Turcji!) – przeraźliwa persona z dziewczęcych snów, które rozsiadły się na gładkim czole za sprawą stugębnej plotki. Miałam na imię Jutta, nie byłam już dzieckiem, a o mieście wiedziałam na pewno, że kobiety chodzą tam w sukienkach z żorżety, a w ciemnych zaułkach na dziewice polują handlarze żywym towarem.

„Znowu się śmiejesz”, powiedział.

„Nie z ciebie. Śmieję się z głodu”.

Karl skinął głową: „No to chodź”.

Poszłam za nim. Poszłabym za nim aż do Turcji. Dlaczego? Bo nie miałam wyboru. Nie miałam co ze sobą zrobić, to on mógł nadać mojemu życiu najokropniejszy sens. Czy się bałam? Nie, ja byłam głodna. Od stóp
do głów głodna.